spanie zaszło za daleko tam nie ma już kołdry ani poduszki jest tylko jazda aż do pętli do krańcówki wytrzyj.małości czasami trzeba poślinić znaczki drogowe wzrokiem który i tak już nie trzyma listy wypadają z worków ktoś kogoś pozdrawia składa kolejny raz te same życzenia z tej samej okazji już sam nie wiem wymienić wodę czy kwiaty? robi się zimno na twoich ustach
to wszystko moja wina, moje wina i piwa, butelki tłukące się po głowie topię się bez kropli wody możesz już spadać, drążyć skałę lub wątrobę oddycham słońcem w dzień trenuję wdechy (o nocy nie muszę wspominać) czekam aż księżyc się zapełni rozlewam wino na świeżo rozwieszone firanki (teraz będę trzymał kieliszek pomiędzy rękoma) mam pełną świadomość - ty tego nie czytasz przelewam więc poziom przez głowę
sezon na wypierdalaj pan z tą kosiarką uważam za otwarty zupełnie jak carrefour - od siódmej wolę zimę ciche odśnieżanie i udawanie że nie widać syfu dodałbym parę stopni do równoleżnika bez udostępniania lokalizacji listonoszowi (wolę odebrać maila niż awizo) zgredzie który na mnie krzywo patrzysz trójnogu który nie potrafisz trzymać kuli przestań się przypieprzać i odśnież się na tym słońcu w tle kosiarek
ale wtedy idziesz spać i nie wiem czy od początku kłamiesz czy tylko pieprzysz nadzieją w sumie zawsze jest jakieś później więc gdy będziesz wracała za kilka lat nie śpij na stojąco znalazłem twoje klucze na szafce śpisz dzisiaj u mamy i pijesz piwo z gnojem namawiającym do zdrady edit (wieczorem leżysz jednak w łóżku niepotrzebnie przykrywam się zmartwieniami)
zabierz mnie na chmurę bo cofnę wszystkie zostawione lajki zdjęcia nagle przestaną mieć filtry a posty będą pełne mięsa jest taki moment po całym dniu kiedy z zęba wypada plomba i chrupie dokładnie tak samo gdy idziesz z innymi na piwo na uśmiechy nie ma rady nie ma nad czym się zbierać może troszkę rozsypywać jak rzeczy z dziurawych paczek (którymi broń boże nikt nie rzucał) zmieniasz smak chrupiesz i dorzucasz do ognia flirty płaskie jak łysina jak wyłamany ząb z grzebienia trudno ocenić po ilu diastemach wyrzuca się oczekiwania przedziałki stają się wielkie jak cisza
mawiałaś - facet nie ściana wtedy jeszcze nie rozumiałem że stanie za tobą murem nie ma sensu że lubisz cień tylko wtedy kiedy masz ochotę tak się nie da - patrzeć w cztery strony i w każdej widzieć przyszłość (to co wieczorem w tv) można przetrwać na obiadkach ze słoika fasolce i klopsikach w czasie mniej lub bardziej pewnym będziesz jeszcze włosy otrzepywać udawać że ciągle jest gorąco że słońce i deszcz będziesz zmieniać programy w tygodniu słuchać disco-polo w niedzielę śpiewać psalmy aż nagle rozboli cię głowa gdy tylko spadnie pierwsza cegła
koniec marca - zimny wiatr pizga po uszach koniec tańca - ciepły pot spływa po czole koniec uśmiechu - kąciki ust chowają się do konta które już dawno jest na debecie jadę na kredycie, na respiratorze oddycham sam za siebie i trochę przed (za często odwracam głowę) koniec będzie na mnie krzyczał kolejny miesiąc zdradza wiosnę jebana zima słychać z każdej strony wiatru nawet trawa nie prosi jeszcze o skoszenie tylko ty przestań już ścinać wzrok za innymi słońcami