piątek, 30 lipca 2010

Chwilowo nic więcej nie powiem


SDM
Czas płynie i zabija rany

Posłuchaj, porzucony przez nią,
Nieznany mój przyjacielu:
W rozpaczy swojej
Nie wychodź na balkon, nie wychodź,
Do bruku z góry nie przychodź, nie przychodź, nie przychodź,
Na smugę cienia nie wbiegaj,
Zaczekaj, trochę zaczekaj!

Posłuchaj, porzucona przezeń,
Nieznana mi przyjaciółko:
W rozpaczy swojej
Nie wychodź na balkon, nie wychodź,
Do bruku z góry nie przychodź, nie przychodź, nie przychodź,
Na smugę cienia nie wbiegaj,
Zaczekaj, trochę zaczekaj!

Przysięgam wam, że płynie czas!
Że płynie czas i zabija rany!
Przysięgam wam, przysięgam wam,
Przysięgam wam, że płynie czas!
Że zabija rany - przysięgam wam!

Tylko dajcie mu czas,
Dajcie czasowi czas.
(Zwólcie czarnym potoczyć się chmurom
Po was przez nas i między ustami,
I oto dzień przychodzi, nowy dzień,
One już daleko, daleko za górami!)
Tylko dajcie mu czas,
Dajcie czasowi czas,
Bo bardzo, bardzo,
Bardzo szkoda
Byłoby nas!

Bo bardzo, bardzo,
Bardzo szkoda
Byłoby nas!

Bo bardzo, bardzo,
Bardzo szkoda
Byłoby nas!

Tylko dajcie mu czas.

autor: Edward Stachura

środa, 21 lipca 2010

W taką pogodę jedynie...

Wyjątkowo ciepła piosenka:

Stacey Kent - The ice hotel


Let's you and me go away to The Ice Hotel  
The Carribean's all booked out  
And that's just as well  
Once I'd have been much keener  
On Barbados or Antigua  
But just now I think the arctic will suit us well  
Let's you and me go away to The Ice Hotel  

They've built it all with ice that's pure and clear  
The sofas, the lobby  
Even the chandelier
A thermostat guarantees A steady minus five degrees
What other place could serve our needs so well  
Let's you and me go away to the Ice Hotel  
Romantic places  
Like Verona or Paris  
They'll always lead you astray  
You'd have to be a novice  
To ever trust Venice  
And those dreamy waterways  
And what the tropics can do  
I know only too well
So, let's you and me go away to the Ice Hotel  
Heavy clothing at all times  
Is the expected norm  
Even candlelight at dinner

Is considered too dangerously warm  
And when the time comes for us to sleep  
We'll spread out our reindeer fleece  
And curl up together  
On an ice block carved for two
But then in the morning  
Provided we've made it through …
We'll step out together  
To watch the sun rise over  
That vast expanse of cold  
And who knows if we're lucky  
We may find ourselves talking  
Of what future may hold  
This is no whim of the moment
I want you to realize  
Let's go away to that palace made of ice  

Let's you and me go away to the ice hotel  
The Bahamas are all booked out  
And that's just as well  
I don't think we're quite ready  
For Hawaii of Tahiti  
And we will be  
Only time will tell  
Let's you and me go away to The Ice Hotel

poniedziałek, 19 lipca 2010

Zmiany, zmianki, zmianeczki

Wczoraj pewna osoba niemal wyprowadziła mnie z równowagi. Słowo-klucz "niemal". Jej nadal wydaje się, że gadanie coś zmienia, że słowa stoją ponad czynami, że rozmyślanie o niebieskich migdałach jest lepsze od próby zdobycia tych migdałów (jakieś lekkie erotyczne zabarwienie się tu chyba wkradło). I najlepsze - nie wyciągnęła żadnych wniosków z ostatnich trzech lat i teraz znów wpada w to samo, popełniając ten sam podstawowy błąd, to jest - próbuje trzymać wszystko w tajemnicy, przed rodzinom, przed wszystkimi... bo faktycznie genialnie sprawdziło się to kiedyś...
A może to dlatego, że zdaje sobie doskonale sprawę, że prawda - wyznana teraz - znów będzie oznaczała łzy, krzyk i cierpienie...

Nie wiem i generalnie nie powinno mnie to interesować, zwłaszcza, że stanowczo zbyt długo dawałem się przez tę osobę wykorzystywać, niech teraz ktoś inny zajmie w tej chorej układance moje miejsce. Najlepiej ktoś młody i naiwny, z góry pozbawiony szans na wyjście ze wszystkiego obronną ręką.

Miało być o zmianach a wyszło o braku zmian, na szczęście ten "brak zmian" nie dotyczy mnie. Wolę robić niż gadać. Od gadania to co najwyżej można zdać parę egzaminów ustnych (żarcik) ;)

Trochę boję się tego co będzie w sobotę, na milion sposobów wszystko może być fatalnie, a szansę na to, że będzie dobrze oceniam na 1 do 14000000, czyli mniej więcej tyle co trafienie 6 w Lotto... ale cóż "żeby wygrać, trzeba grać", kupię więc chyba los i poczekam na losowanie.

To może na dzisiaj piosenka która dla jednych jest zwyczajnie piękna, dla innych to "zamulacz". Ci drudzy powinni chyba wybrać się na koncert, wtedy zmienią zdanie.
SDM - Czarny blues o czwartej nad ranem

piątek, 16 lipca 2010

Amilcotua

w takie dni chciałbym być żaglem i łapać każdy powiew
sama powiedz – lepiej płynąć czy rozpływać się?
a może nad nami nocami rozciągną się zorze
jak sznury pełne prania (kolor sześćdziesiąt stopni)
i wysuszymy się

teraz od ciebie bije chłodem nic więc dziwnego
że lgnę przysuwam i obejmuję w myślach
każdy sopel wystający z ust

mój statek odpływa kobiety machają na pożegnanie
mężczyznom którzy wrócą
lub nie bo wszystko może w tym czasie zatonąć
podróż ma to do siebie
że zawsze pozostaje wilgotna choćby wyschła
ona później on

kolejność zawsze jest taka sama

___________________________________________
a tutaj coś z zupełnie innej beczki:

Janusz Radek - Amancina wiejski

Dla tych, którzy nie znają:
słowa Tymon Tymański, muzyka Kapela ze wsi Warszawa

czwartek, 15 lipca 2010

dawanie rady, poziom 547641

Daję sobie radę, ze wszystkim, a w każdym razie z większością tego co z własnej winy mnie spotkało. Ale w dni takie jak ten pojawia się "ziarenko" wątpliwości, choć w zasadzie trafniejszy byłby chyba "arbuz". Znów zaczynam zawalać, używając patetycznego określenia - demony przeszłości wracają, ale nie mam na myśli ostatnich 3 lat (dokładniej od marca trzy lata temu do marca tego roku), a czasy jeszcze wcześniejsze, czasy w których moja słabość fizyczna szła nieustanie w parze ze słabościami psychiki. Co się właściwie stało?
Wracając z pracy, w tramwaju, zemdlałem, ot tak, zwyczajnie, w 3 sekundy urwał mi się film, doskonale pamiętam, że kiedyś samo uczucie poprzedzające mdlenie trwało znacznie dłużej i dawało więcej czasu na reakcję. Żeby było śmieszniej - nic mi się nie stało, nie wiem nawet czy którykolwiek z pasażerów cokolwiek zauważył. Byłem na tyle szczęśliwie owinięty ręką wokół poręczy, że kiedy się obudziłem (przystanek dalej) moja pozycja niewiele się zmieniła. Wyturlałem się z tramwaju, ludzie pewnie pomyśleli, że jestem pijany, zresztą tak to wyglądało... Generalnie nic się nie stało, żadnej tragedii nie było, nikt nawet nie zwrócił na mnie uwagi - widać czy przytomny czy nieprzytomny nie rzucam się w oczy, może to i dobrze.
Dlaczego o tym piszę? Bynajmniej nie dlatego żebyś się czytelniku lub czytelniczko o mnie martwił/martwiła - od tego mam przecież siebie, ale jeśli w przyszłości zauważysz w tramwaju lub autobusie kogoś bladego jak ściana, kto kurczowo trzyma się poręczy, to istnieje spore prawdopodobieństwo, że nie jest pijany.

Cóż, w zasadzie był to niemal zwykły dzień

Myslovitz - Zwykły dzień


Do fontanny wrzucam grosz
Na rowerze ktoś rekord bije swój
Ktoś oczyścił brudny staw
Ktoś przekroczył wpław
Rzekę wspomnień złych

Dzień, zwykły dzień
Deszcz na twarzy
Czarno-biały film, komedia
Ludzi w kinie tłum

Gdzieś o pięćset kroków stąd
W ręku niesie ktoś
Pełno różnych spraw
Może kupię sobie psa
Może lepiej lwa
Kobiet będzie w bród

Dzień, zwykły dzień
Deszcz na twarzy
Czarno-biały film, komedia
Ludzi w kinie tłum

wtorek, 13 lipca 2010

Kochaj mnie, to takie łatwe...

Myslovitz - Sekrety i kłamstwa

Nie wierz nigdy, kiedy mówię, że nie chcę
Nie wierz nigdy do końca i nie patrz mi na ręce
Między nami zawsze będzie trochę kłamstwa i prawdy
Ty i tak będziesz o tym wiedzieć

Kochaj mnie, to takie łatwe
Wystarczy tylko za siebie nie patrzeć


Zobacz tam kolejny dzień
Wszedł przez deszczowe drzwi
Jakby wcale nie chciał przyjść

Jesienną znów zakładam twarz
Nie dając nikomu szans
To jedyny sposób jaki znam


Kochaj mnie, to takie łatwe
Wystarczy tylko za siebie nie patrzeć


poniedziałek, 12 lipca 2010

PKP, oczekiwanie, dorabianie sensu

Jazda pociągiem przy 37 stopniach jest głupia, inaczej, ogólniej - jazda pociągiem osobowym PKP jest głupia. I jak to zwykle bywa człowiek zaczyna szukać w tym wszystkich pozytywów, bo jechać musi, a teleportacja nawet jeżeli została wynaleziona już przez Teslę to nie zostanie nigdy wprowadzona do użytku publicznego (potraficie sobie wyobrazić jak w jednej chwili bankrutują wszystkie linie lotnicze, wszystkie spółki transportowe, poczty i wiele wiele innych?). Tym razem pozytywne zaskoczenie miałem jeszcze zanim wszedłem do pociągu. Zostałem poproszony o opiekę (chociaż to słowo umiejscowione jest tutaj stanowczo na wyrost) nad dziewczyną (Niemką z polskimi korzeniami), która pierwszy raz jechała tym pociągiem i miała dostać się na Górczyn. Nie miałem oczywiście nic przeciwko, zwłaszcza, że owa panienka była bardzo ładna... no może pomijając palenie fajek i okulary na 2/5 twarzy.
Generalnie rozmowa jakoś się rozkręcała, ona łamaną polszczyzną ja starałem się co trudniejsze polskie słowa zamieniać na ich niemieckie odpowiedniki (efekt zaiste komiczny). Aż tu nagle doszliśmy do pytania i zupełnie nieoczekiwanej na nie odpowiedzi, chodzi o banalne pytanie "a ile właściwie masz lat?" Może się starzeję, może nie nadążam za zmieniającą się modą (z tym to akurat nie "może", a "na pewno"), ale nie dałbym jej mniej jak "późne 16", 17 lat. Ja wiem, że kobiety dorastają szybciej itd., ale kiedy usłyszałem - 14, to poczułem się trochę jak pedofil... Kurde, zaczynam rozumieć Polańskiego ;)

Przede mną dwa pracowite tygodnie, nie tylko w robocie, ale - może nawet głównie - z sobą samym bo trzeba coś zdecydować w sprawie ważnej i ważniejszej, bo trzeba naprawić jeden z ostatnich starych błędów, bo trzeba... iść do przodu.

Mam dzisiaj ochotę na Youkali, najlepiej w wykonaniu Radka:
Janusz Radek - Youkali

czwartek, 8 lipca 2010

sos słodko-kwaśny

Długość dźwięku samotności

I nawet kiedy będę sam
Nie zmienię się, to nie mój świat
Przede mną droga którą znam,
Którą ja wybrałem sam

Tak, zawsze genialny
Idealny muszę być
I muszę chcieć, super luz i już
Setki bzdur i już, to nie ja

I nawet kiedy będę sam
Nie zmienię się, to nie mój świat
Przede mną droga którą znam,
Którą ja wybrałem sam

Wiesz, lubię wieczory
Lubię się schować na jakiś czas
I jakoś tak, nienaturalnie
Trochę przesadnie, pobyć sam
Wejść na drzewo i patrzeć w niebo
Tak zwyczajnie, tylko że
Tutaj też wiem kolejny raz
Nie mam szans być kim chcę

I nawet kiedy będę sam
Nie zmienię się, to nie mój świat
Przede mną droga którą znam,
Którą ja wybrałem sam

Noc, a nocą gdy nie śpię
Wychodzę choć nie chcę spojrzeć na
Chemiczny świat, pachnący szarością
Z papieru miłością, gdzie ty i ja
I jeszcze ktoś, nie wiem kto
Chciałby tak przez kilka lat
Zbyt zachłannie i trochę przesadnie
Pobyć chwilę sam, chyba go znam

I nawet kiedy będę sam
Nie zmienię się, to nie mój świat
Przede mną droga którą znam,
Którą ja wybrałem sam


W zasadzie ta piosenka Myslovitz mówi wszystko to, co chciałbym teraz powiedzieć, więc po cóż się trudzić skoro ktoś już ujął to wszystko w gotowe słowa. Może jednak nie wszystko... wczoraj... a nie, przepraszam, to już było dzisiaj, znów miałem okazję doświadczyć stanu "przejściowego" na niebie, z jednej strony - nieśmiało wstający dzień, z drugiej - wciąż mocna noc z wyraźnym światłem i konturami księżyca. Było to parę minut po 3 rano/w nocy, na ewentualne pytanie: "co robiłem o tej godzinie na dworze?" odpowiedź brzmi - pracowałem, a jeszcze dokładniej - miałem przerwę w pracy :)

Inna historia, jeszcze świeża, z dzisiaj. Ludzka głupota i chamstwo po raz kolejny przekroczyły mój próg wyobrażeń. Nie będę się wdawał w szczegóły, natomiast bezczelność i zwykła gówniarskość pewnych ludzi ma taki poziom, że chyba nawet poza moim zasięgiem byłoby pokojowe rozwiązanie konfliktu. Nie ma znaczenia, że chodzi o kobietę, ba! Jaką kobietę?! Zwykłą gówniarę, której chyba nikt nigdy nie nauczył kultury. Że też tacy ludzie chodzą po świecie, a co gorsza - zdarza się na nich trafić.

Wracając do rozpoczynającej ten post piosenki, jest w niej wszystko co teraz czuję, ale wiadomo, że prędzej czy później każdy chciałby móc zaśpiewać dla Ciebie, a jeszcze później, po prostu My.

poniedziałek, 5 lipca 2010

włosy, o włos, o włoski


wypadają jak zęby nieświadomych życia dzieci
mleczaki, pierwsze wypłaty, wydatki upływają po jeziorach
z kwartałów. można tylko ściskać i mieć nadzieję
coś zostawią, ktoś zostanie po drugiej stronie dłoni.

stałem z zerwanymi mleczami, bo róże nie rosną
w znanych mi ogrodach, z głupim pytaniem na ustach
czy chcesz kwiaty? jakby to miało znaczenie, jakbym
nie znał odpowiedzi. koniec świata

mawiał pan Popiołek, kolejny, kolejny i kolejny
aż wyrabiają się koleiny z końcem świata, po których jadę
okrężną drogą popatrzeć jak kiedyś cię ściskałem.
teraz ręce mam zajęte wypłatą i zrywaniem mleczy.


piątek, 2 lipca 2010

studium bólu

Do niedawna największym bólem jaki spotkał mnie w życiu był ból psychiczny, jakkolwiek idiotycznie to brzmi. Nie wiem jakim cudem tyle lat uchowałem się bez żadnego złamania, czy nawet poważniejszego urazu, chyba faktycznie pod tym względem jestem dzieckiem szczęścia. Wczoraj to się potwierdziło, a dokładniej - potwierdziło się po tym jak kontener z kasetami przejechał mi po stopie (pusty kontener waży 180 - 200 kg, wagi pełnego nie znam) i nic. Może "nic" to tutaj za duże słowo, owszem ból, pieczenie, megawkurwienie głównie na siebie, wysłuchanie stu historii o tym jak to ktoś inny podobnie złamał sobie kość itp., ale nic poza tym. To znaczy - nic mi się nie stało, być może byłem tym nawet mniej zaskoczony od innych, ale fakt pozostanie faktem - twarde mam te durne kości, picie mleka działa ;)

Teraz też wiem co naprawdę znaczy piątek i dlaczego jest najlepszym dniem tygodnia (zaraz po sobocie), chyba, że jeszcze dzisiaj coś mnie przygniecie lub spadnie na głowę (dosłownie lub w przenośni). Tak czy inaczej - już jest dobrze, a przyszłość zapowiada się interesująco... pod każdym względem :]

To na dzisiaj:
Boomkat - The Wreckoning

czwartek, 1 lipca 2010

Pacta sunt servanda

Możliwe, że popadam ze skrajności w skrajność, ale tym razem jest to skrajność pozytywna, właściwa - w pracy jestem określany mianem "ten z ADHD", "ten co nie może usiedzieć na dupie" itp., generalnie nie są to uwagi negatywne. Zawsze wychodzę z założenia, że jeśli ktoś mi za coś płaci (tym bardziej jeśli nie są to małe pieniądze) to winno się dołożyć wszelkich sił i starań aby pracę wykonać należycie, sumiennie itd. Być może gdyby osoby z którymi pracuję pamiętały o Stachanowie, to właśnie stachanowcem byłbym nazywany, ale znów - to dla mnie nie jest ujma, wręcz odwrotnie.

W zasadzie chciałem napisać o czymś innym, o kimś innym, ale już chyba nie potrafię, z pewnością już nie kocham, jest dobrze, bardzo dobrze. Tak jak być powinno, tak jak być musi. Teraz tak właśnie ma być, nie mniej nie więcej. W końcu rebus sic stantibus i trzeba się z tym pogodzić i ogólnie - trzeba się pogodzić.

Może gdybym mógł zaśpiewać:

Mamo,
Dlaczego mi nie powiedziałaś,
Że mogę nie dać sobie rady,
Że wolno mi popełnić błąd?
Tato,
Dlaczego nigdy nie mówiłeś,
Że życie będzie tak zawiłe
I że mnie może znosić prąd?


byłoby mi lżej, ale tak chociaż wiem - cała wina leży po mojej stronie. Nikt nigdy nie był wobec mnie tak okrutny jak ja sam, i głupi, byłem bardzo głupi - nie dlatego, że spróbowałem, a w zasadzie - spróbowaliśmy, ale dlatego, że zmarnowałem swoją szansę, a na następną z pewnością przyjdzie mi długo czekać. Można powiedzieć, że historia zatoczyła koło, teraz wszystko w moich rękach, trzeba to koło przepchnąć inną, lepszą drogą.

Katarzyna Groniec - Mamo