siedzimy od spodu ogarniamy zielone dywany
urwane frędzle – węże z kurzu
wchłaniają się w chodnik (nie wiem czy to jest polbruk czy pozbruk)
jak światło przez miejsca po liściach
wpatrujesz się w grupkę gołębi
w ich anielskie skrzydła po zbyt białym pieczywie z dyskontu
jak dobrze wycisza się w parku
zenit i myśli (to kostka DOMINO bez fazy szara)
wiemy – nic już z tego nie będzie
chowam oczy w nadirze koło buta przechodzi grzywacz
nie wymawia r choć zna zapis
kicham od tego słońca muszę już lecieć (kupić bułki)
2007-2016
Te daty to nie pomyłka, pierwsza wersja tego tekstu powstała w 2007 roku, powoli i niesystematycznie jednak się zmieniała. Były momenty, że całość lądowała do kosza, były momenty, że wątpiłem czy z "podstawy" w ogóle jest sens cokolwiek zostawiać. Faktycznie, oryginał nadaje się tylko do kosza, ale przecież pomysł zawsze można reanimować (o ile ktoś ma wystarczająco mocny defibrylator). W powyższym tekście na pewno będę jeszcze grzebał, bo tak już mam, bo idealny to nie jest nawet księżyc podczas pełni.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz